Mania siedziała z fotelu podkuliwszy nogi pod siebie. W prawej ręce trzymała czarny kamień, lewą roztargnionym gestem głaskała kłębowisko brzuchów i ogonów wtulone w jej bok.
- Dzień dobry żono! – donośny głos Tomka, wyrwał ją z zamyślenia. – Nie witasz męża, wracającego w domowe pielesze po ciężkim dniu?
- Witaj miły… – podniosła się powoli, wciąż wpatrując się w kamień.
- Cóż się tak w niego wgapiasz? Powiedz lepiej co na obiad!
- Och… – Mania lekko się stropiła. – Nie ma obiadu…
- Nie?
- Zobacz jak grzecznie śpią razem – powiedziała nie na temat, wskazując koty przytulone zgodnie na fotelu, który właśnie opuściła.
- Nie zmieniaj tematu, żono! Jak to, nie ma obiadu?
- Nie zmieniam! – Mania potrafiła być uparta. – No spójrz! Wszystkie trzy razem!
- No fakt… to dziwne… jeszcze rano była afera bo Bąk podszedł zbyt blisko Fasoli i Mucha czuła się w obowiązku go skarcić…
- Właśnie. A teraz śpią razem.
- To chyba dobrze.
- Dobrze. Tylko muszę ci coś powiedzieć.
*
Mężczyzna zdecydowanie był starszy od niej. Starszy i bardzo przystojny. Uśmiechał się do Mani, a ona stała jak sparaliżowana idiotka i nie potrafiła nawet odpowiedzieć tym samym. Serce biło jej tak silnie, że była pewna iż nieznajomy musi je słyszeć. Skinął jej głową, a potem podszedł dwa kroki bliżej.
- Dzień dobry pani! – miękki głęboki głos dotarł do niej wraz z przyjemnym męskim zapachem, który się wokół niego unosił.
Przełknęła wyimaginowaną ślinę i z wysiłkiem rozkleiła wysuszone wargi.
- Dzień dobry…
- Czy pozwoli mi pani, zająć chwilę swego czasu? – jego ciemne spojrzenie przykuwało.
Ma za długie rzęsy pomyślała i to pozwoliło jej wrócić do równowagi.
- Pan czymś zapewne handluje? Może ubezpieczeniami?
- Nie. Myli się pani. Całkowicie się pani myli – przez regularną twarz mężczyzny przebiegł delikatny cień. – Proszę mi zaufać i pozwolić wyjaśnić.
Mania była nieco wystraszona. Wystraszyła się wcale nie tego, co mógłby zrobić jej nieznajomy, w końcu był jasny dzień, a oni stali pod osiedlowym sklepikiem, do którego zbiegła szybko, korzystając z faktu, iż Waligórowa przed chwilą wsiadła do swego samochodu. Najpewniej wybrała się na dłuższe zakupy. Mania wystraszyła się tej Mani stojącej sztywno przed obcym mężczyzną, patrzącym na nią w sposób, który powoduje drżenie przebiegające raz po raz wzdłuż kręgosłupa od karku do kości ogonowej. To nie było uczucie właściwe dla szczęśliwej mężatki. Nie dla takiej jaką chciałaby być.
- Proszę, może przejdziemy się kawałek – wyciągnięta w jej stronę szeroka dłoń, sprawiała wrażenie silnej. Podobnie jak przymus w jego głosie, który kazał jej wyciągnąć swoją nieco zbyt wąską i odpowiedzieć:
- Przejdźmy się więc…
Dłoń mężczyzny była sucha i ciepła, zamknęła małą kobiecą dłoń w całości. Mania poczuła szczególnie silne drżenie w dole kręgosłupa i gwałtownie zabrała rękę.
- Dokąd?
- Może do parku? To tylko kawałek stąd.
Szli obok siebie milcząc. Mania wdychała jego zapach i zastanawiała się, co by na to powiedział Tomek. Przecież nie robi nic złego. Idzie tylko obok nieznajomego mężczyzny, który chce jej o czymś powiedzieć. Nic nie robi, tylko zerka ukradkiem na jego wypastowane, wiązane półbuty i zastanawia się co by było gdyby nagle przyszło mu do głowy ją pocałować…
Przestań! Skarciła sama siebie, czując, że nie panuje już nad myślami. W myśli, w mowie, w sercu, powtarzała sobie w kółko miłosną wyliczankę dopóki nie doszli do parkowej alejki, przy której stały kute żeliwne ławki. Mania bardzo lubiła na nich siadać z Tomkiem w czasach ich wczesnych randek.
- Siądźmy – zaproponował nieznajomy i Mania posłusznie usiadła.
Usiadł obok nieco zbyt blisko, jak na potrzeby Mani. Przez chwilę nie mówił, tylko przyglądał jej się z uwagą. Wodził spojrzeniem po całej jej postaci, a tam gdzie padał jego wzrok Mania czuła ciepło.
- Pani Marianno, wiem, że jest pani w posiadaniu pewnego kamienia.
Mania nie odpowiedziała, delektowała się Marianną. Nikt nigdy tak do niej nie mówił. Pewnie jeden jedyny raz, gdy nazwano ją Marianną, to było podczas chrztu w małym kościele parafialnym na drugim końcu miasta. Z przyczyn obiektywnych, nie była w stanie tego pamiętać. Właściwie, to niewiadomo po co daje się dziecku na imię Marianna, żeby potem wołać na nie uparcie Mania, Mańka, a czasem z macierzyńską czułością Manieczka. Brr.
- Pani Marianno! – ręka która dotknęła jej kolana z pewnością zostawiła ślad, paliła przecież jak ogień.
- Przepraszam. Nikt nie nazywa mnie Marianną – wyjaśniła pośpiesznie, nie chcąc by mężczyzna wziął ją za całkowitą kretynkę, na jaką z pewnością wyszła już przy nim kilka razy. – A w ogóle skąd pan wie, jak mam na imię? – wstała gwałtownie, lecz gest uniesionych w górę rąk mężczyzny, powstrzymał jej chęć ucieczki.
Usiadła z powrotem, a mężczyzna mówił:
- Ja wiem różne rzeczy. Wiem, że macie państwo od kilku dni w swoim posiadaniu, nietypowy czarny kamień o wyglądzie kryształu, który błyszczy…
- I mieni się tęczowo – dopowiedziała Mania.
- Właśnie. Widzi pani – mężczyzna lekko zawiesił głos – to nie jest zwykły kamień.
- Trudno żeby był zwykły skoro trafił do nas w taki dziwny sposób…
- No tak. Jest pani niezwykle mądra – ironia, dźwięcząca w jego głosie, spowodowała, iż dalej słuchała już nie przerywając. – Kamień nie jest zwykły, albowiem ma dar spełniania życzeń. Należy tylko zamknąć go szczelnie w obydwu dłoniach, tak aby nie docierało do niego światło słońca, ani żadne inne. A potem głośno i wyraźnie wypowiedzieć jasno sformułowane życzenie, rozpoczynając od słów „proszę cię kamieniu czarny”. W zależności od życzenia efekt może być widoczny od razu lub trzeba będzie na niego jakiś czas poczekać. Jednak niezawodnie życzenie zostanie spełnione.
Mania słuchała z zadziwieniem i pewną dozą smutku. Wariat…
- Nie jestem wariatem, pani Marianno! – powiedział tak ostro i gwałtownie, że Mania podskoczyła na ławce.
- Przecież ja…
- Nie musi pani wyrażać swoich myśli na głos, gdy pani ze mną rozmawia – uśmiech zrównoważył nieco zmarszczone w złości brwi nieznajomego. – Niech pani zapamięta „proszę cię kamieniu czarny”. I jeszcze jedno. Moc kamienia nie jest nieskończona. Przyjdzie dzień, gdy się wyczerpie.
Mania została na ławce patrząc za odchodzącym spokojnym krokiem mężczyzną.
*
- No i wtedy się obudziłam kochany…
- Dziwaczny sen żono, czy mam się bać?
- Och Tomek, przecież nie o to chodzi… – na twarz Mani wypełzł rumieniec.
- Więc o co? Cóż sen ma wspólnego z kotami i brakiem obiadu?
- Bo ja jak wstałam to je musiałam pozamykać osobno, tak się biły. Już myślałam, że Bączka te dwa potwory zagryzą. Zazdrośnice jedne. No i wtedy zobaczyłam kamień. Leżał w kuchni na stole, choć przecież cały czas był w barku. Nie ruszałeś go prawda?
- Nie ruszałem… – Tomek napiął wszystkie mięśnie czekając na przewidywalny ciąg dalszy.
- No i tak jakoś zamknęłam go w dłoniach. I poprosiłam żeby dziewczynki pokochały małego. No i one zaraz do niego podbiegły, a on się wystraszył, ale zaczęły mruczeć i go trącać łebkami. Wylizały go dokładnie i tak śpią już pół dnia…
Mania wyciągnęła w stronę Tomka dłoń z kamieniem. Oboje patrzyli uważnie to na kryształ to na siebie.