Ziarno Myśli

Prosty Codziennik

Idzie sobie chmurą wzdłuż

(W poprzek chmur rytm się gubi)

Deszczu krople jej krokami wyciskane

Lecą w dół i zakosami

Aby znaleźć sobie cel.

 

Zaskoczony zadarł głowę

Skąd te krople,

Skąd ten deszcz?

Srebrna chmura złote słońce

A tam co?

 

Sterczą z chmury blade stopy

Drobne kostki,

Łuki łydek

Kolan nierówności,

uda…

 

Kropla w oku obraz mąci

O psia krew!

Pięścią trze,

Wygłodniały ostrzy wzrok…

A tam nic!

 

Może obok,

Nieco w lewo,

Chmurę w prawo,

Albo dwie!

 

Nic i nic…

 

W karku ból,

W sercu wstyd,

Pod pustą chmurą

W poprzek czy wzdłuż

Źle stawiać kroki

Raj utraciwszy dopiero co.

 

 

Mania siedziała z fotelu podkuliwszy nogi pod siebie. W prawej ręce trzymała czarny kamień, lewą roztargnionym gestem głaskała kłębowisko brzuchów i ogonów wtulone w jej bok.

- Dzień dobry żono! – donośny głos Tomka, wyrwał ją z zamyślenia. – Nie witasz męża, wracającego w domowe pielesze po ciężkim dniu?

- Witaj miły… – podniosła się powoli, wciąż wpatrując się w kamień.

- Cóż się tak w niego wgapiasz? Powiedz lepiej co na obiad!

- Och… –  Mania lekko się stropiła. – Nie ma obiadu…

- Nie?

- Zobacz jak grzecznie śpią razem – powiedziała nie na temat, wskazując koty przytulone zgodnie na fotelu, który właśnie opuściła.

- Nie zmieniaj tematu, żono! Jak to, nie ma obiadu?

- Nie zmieniam! – Mania potrafiła być uparta. – No spójrz! Wszystkie trzy razem!

- No fakt… to dziwne… jeszcze rano była afera bo Bąk podszedł zbyt blisko Fasoli i Mucha czuła się w obowiązku go skarcić…

- Właśnie. A teraz śpią razem.

- To chyba dobrze.

- Dobrze. Tylko muszę ci coś powiedzieć.

 

*

 

Mężczyzna zdecydowanie był starszy od niej. Starszy i bardzo przystojny. Uśmiechał się do Mani, a ona stała jak sparaliżowana idiotka i nie potrafiła nawet odpowiedzieć tym samym. Serce biło jej tak silnie, że była pewna iż nieznajomy musi je słyszeć. Skinął jej głową, a potem podszedł dwa kroki bliżej.

- Dzień dobry pani! – miękki głęboki głos dotarł do niej wraz z przyjemnym męskim zapachem, który się wokół niego unosił.

Przełknęła wyimaginowaną ślinę i z wysiłkiem rozkleiła wysuszone wargi.

- Dzień dobry…

- Czy pozwoli mi pani, zająć chwilę swego czasu? – jego ciemne spojrzenie przykuwało.

Ma za długie rzęsy pomyślała i to pozwoliło jej wrócić do równowagi.

- Pan czymś zapewne handluje? Może ubezpieczeniami?

- Nie. Myli się pani. Całkowicie się pani myli – przez regularną twarz mężczyzny przebiegł delikatny cień. – Proszę mi zaufać i pozwolić wyjaśnić.

Mania była nieco wystraszona. Wystraszyła się wcale nie tego, co mógłby zrobić jej nieznajomy, w końcu był jasny dzień, a oni stali pod osiedlowym sklepikiem, do którego zbiegła szybko, korzystając z faktu, iż Waligórowa przed chwilą wsiadła do swego samochodu. Najpewniej wybrała się na dłuższe zakupy. Mania wystraszyła się tej Mani stojącej sztywno przed obcym mężczyzną, patrzącym na nią w sposób, który powoduje drżenie przebiegające raz po raz wzdłuż kręgosłupa od karku do kości ogonowej. To nie było uczucie właściwe dla szczęśliwej mężatki. Nie dla takiej jaką chciałaby być.

- Proszę, może przejdziemy się kawałek – wyciągnięta w jej stronę szeroka dłoń, sprawiała wrażenie silnej. Podobnie jak przymus w jego głosie, który kazał jej wyciągnąć swoją nieco zbyt wąską i odpowiedzieć:

- Przejdźmy się więc…

Dłoń mężczyzny była sucha i ciepła, zamknęła małą kobiecą dłoń w całości. Mania poczuła szczególnie silne drżenie w dole kręgosłupa i gwałtownie zabrała rękę.

- Dokąd?

- Może do parku? To tylko kawałek stąd.

Szli obok siebie milcząc. Mania wdychała jego zapach i zastanawiała się, co by na to powiedział Tomek. Przecież nie robi nic złego. Idzie tylko obok nieznajomego mężczyzny, który chce jej o czymś powiedzieć. Nic nie robi, tylko zerka ukradkiem na jego wypastowane, wiązane półbuty i zastanawia się co by było gdyby nagle przyszło mu do głowy ją pocałować…

Przestań! Skarciła sama siebie, czując, że nie panuje już nad myślami. W myśli, w mowie, w sercu, powtarzała sobie w kółko miłosną wyliczankę dopóki nie doszli do parkowej alejki, przy której stały kute żeliwne ławki. Mania bardzo lubiła na nich siadać z Tomkiem w czasach ich wczesnych randek.

- Siądźmy – zaproponował nieznajomy i Mania posłusznie usiadła.

Usiadł obok nieco zbyt blisko, jak na potrzeby Mani. Przez chwilę nie mówił, tylko przyglądał jej się z uwagą. Wodził spojrzeniem po całej jej postaci, a tam gdzie padał jego wzrok Mania czuła ciepło.

- Pani Marianno, wiem, że jest pani w posiadaniu pewnego kamienia.

Mania nie odpowiedziała, delektowała się Marianną. Nikt nigdy tak do niej nie mówił. Pewnie jeden jedyny raz, gdy nazwano ją Marianną, to było podczas chrztu w małym kościele parafialnym na drugim końcu miasta. Z przyczyn obiektywnych, nie była w stanie tego pamiętać. Właściwie, to niewiadomo po co daje się dziecku na imię Marianna, żeby potem wołać na nie uparcie Mania, Mańka, a czasem z macierzyńską czułością Manieczka. Brr.

- Pani Marianno! – ręka która dotknęła jej kolana z pewnością zostawiła ślad, paliła przecież jak ogień.

- Przepraszam. Nikt nie nazywa mnie Marianną – wyjaśniła pośpiesznie, nie chcąc by mężczyzna wziął ją za całkowitą kretynkę, na jaką z pewnością wyszła już przy nim kilka razy. – A w ogóle skąd pan wie, jak mam na imię? – wstała gwałtownie, lecz gest uniesionych w górę rąk mężczyzny, powstrzymał jej chęć ucieczki.

Usiadła z powrotem, a mężczyzna mówił:

- Ja wiem różne rzeczy. Wiem, że macie państwo od kilku dni w swoim posiadaniu, nietypowy czarny kamień o wyglądzie kryształu, który błyszczy…

- I mieni się tęczowo – dopowiedziała Mania.

- Właśnie. Widzi pani – mężczyzna lekko zawiesił głos – to nie jest zwykły kamień.

- Trudno żeby był zwykły skoro trafił do nas w taki dziwny sposób…

- No tak. Jest pani niezwykle mądra – ironia, dźwięcząca w jego głosie, spowodowała, iż dalej słuchała już nie przerywając. – Kamień nie jest zwykły, albowiem ma dar spełniania życzeń. Należy tylko zamknąć go szczelnie w obydwu dłoniach, tak aby nie docierało do niego światło słońca, ani żadne inne. A potem głośno i wyraźnie wypowiedzieć jasno sformułowane życzenie, rozpoczynając od słów „proszę cię kamieniu czarny”. W zależności od życzenia efekt może być widoczny od razu lub trzeba będzie na niego jakiś czas poczekać. Jednak niezawodnie życzenie zostanie spełnione.

Mania słuchała z zadziwieniem i pewną dozą smutku. Wariat…

- Nie jestem wariatem, pani Marianno! – powiedział tak ostro i gwałtownie, że Mania podskoczyła na ławce.

- Przecież ja…

- Nie musi pani wyrażać swoich myśli na głos, gdy pani ze mną rozmawia – uśmiech zrównoważył nieco zmarszczone w złości brwi nieznajomego. – Niech pani zapamięta „proszę cię kamieniu czarny”. I jeszcze jedno. Moc kamienia nie jest nieskończona. Przyjdzie dzień, gdy się wyczerpie.

Mania została na ławce patrząc za odchodzącym spokojnym krokiem mężczyzną.

 

*

 

- No i wtedy się obudziłam kochany…

- Dziwaczny sen żono, czy mam się bać?

- Och Tomek, przecież nie o to chodzi… – na twarz Mani wypełzł rumieniec.

- Więc o co? Cóż sen ma wspólnego z kotami i brakiem obiadu?

- Bo ja jak wstałam to je musiałam pozamykać osobno, tak się biły. Już myślałam, że Bączka te dwa potwory zagryzą. Zazdrośnice jedne. No i wtedy zobaczyłam kamień. Leżał w kuchni na stole, choć przecież cały czas był w barku. Nie ruszałeś go prawda?

- Nie ruszałem… – Tomek napiął wszystkie mięśnie czekając na przewidywalny ciąg dalszy.

- No i tak jakoś zamknęłam go w dłoniach. I poprosiłam żeby dziewczynki pokochały małego. No i one zaraz do niego podbiegły, a on się wystraszył, ale zaczęły mruczeć i go trącać łebkami. Wylizały go dokładnie i tak śpią już pół dnia…

Mania wyciągnęła w stronę Tomka dłoń z kamieniem. Oboje patrzyli uważnie to na kryształ to na siebie.

Słońce świeci jak wściekłe. Nadrabia. Sporo ma jednak zimnego powietrza do zagrzania chyba, bo ręce nadal mam zmarznięte. I podłoga jest zmarznięta i ściany Domu. To pewno te moje ręce tak do towarzystwa. Solidarnie. Zimne ręce gorące serce. Albo na odwrót. Do wyboru. Zawsze jest do wyboru. Tak jak wtedy gdy swędzi oko. Lewe – śmiewe, prawe – łzawe, ale może być też odwrotnie, prawe na zabawę, lewe na ulewę… Wybieram sobie za każdym razem wedle potrzeby serca. Dziś jakoś bym sobie chyba popłakała. Tylko powodu brak, a głupio tak za darmo płakać.

Wczoraj widziałam ciuchcię. Przejeżdżała przez przejście dla pieszych. Ciągnęła wagoniki ze sklepowych wózków. Z tektury była, pięknie pomalowana. Juwenalia, juwenalia. Dawno już nie widziałam tyle twórczej inwencji. Śmiałam się w głos za kierownicą mego bezdusznego samochodu. A dziś co? Popłakałabym sobie.

Czemu?

Przecież nie dzieje się nic…

 

Naprawdę nie dzieje się nic

Czy zdanie okrągłe wypowiesz,
czy księgę mądrą napiszesz,
będziesz zawsze mieć w głowie
tę samą pustkę i ciszę.
Słowo to zimny powiew
nagłego wiatru w przestworze;
może orzeźwi cię, ale
donikąd dojść nie pomoże.
Zwieść cię może ciągnący ulicami tłum,
wódka w parku wypita albo zachód słońca,
lecz pamiętaj: naprawdę nie dzieje się nic
i nie stanie się nic – aż do końca.
Czy zdanie okrągłe wypowiesz,
czy księgę mądrą napiszesz,
będziesz zawsze mieć w głowie
tę samą pustkę i ciszę.
Zaufaj tylko warg splotom,
bełkotom niezrozumiałym,
gestom w próżni zawisłym,
niedoskonałym.
Zwieść cię może ciągnący ulicami tłum,
wódka w parku wypita albo zachód słońca,
lecz pamiętaj: naprawdę nie dzieje się nic
i nie stanie się nic – aż do końca.

słowa: Michał Zabłocki, muzyka: Grzegorz Turnau


Pewno właśnie dlatego.

 

PS. Nie dzieje się nic.

Człowiek się żeni i nie ma gdzie mieszkać. Tak kompletnie nie ma gdzie. Tak nie ma gdzie, że jak wyjdzie z Urzędu Stanu Cywilnego ze swą świeżo upieczoną małżonką, to nie wie dokąd ją zaprowadzi. A tu niespodzianka – jakiś człowiek w imieniu Spółdzielni Mieszkaniowej daje mu klucz do domku. Domku! Z ogródkiem i słońcem w tymże ogródku. Jakie to piękne, taki problem, a tu takie rozwiązanie. Od razu. Jak w bajce. Ciuchcia buchająca parą wiezie małżonków na ulicę Encyklopedyczną mieszczącą się pod Warszawą, biegną prawie pod wskazany adres z kluczem w ręku. I znów niespodzianka. Nie ma domku. Jest plac, szopka i kupa ziemi. I drzwi stojące luzem, do których klucz o dziwo pasuje. I inżynier jest co domek miał postawić, lecz mu kupa ziemi nie pozwala – na niwelację terenu robotnicy potrzebują osobnych papierów…

Co teraz? Jak walczyć z losem co szczęście tak szybko odwrócił? Co tak przewrotny się okazał? Małżonkowie się nie poddają, szopkę zmieniają w gniazdko dla dwojga i do ciężkiej pracy się biorą – co to za problem kupę ziemi rozrzucić po okolicy? I trzecia niespodzianka… pod kupą ziemi czołg…

Do rozwiązania problemu jeszcze daleko, mamy i pierwsze małżeńskie spięcia i łzy i zgody. Mamy obraz ekspresowego rozwoju uczucia – od pierwszej fascynacji, gdy wszystkie małe dziwactwa żony bawią i są przyjmowane z czułością, aż do tej chwili, gdy przeciw żonie są obracane w chwili irytacji, wywołanej losu przeciwnościami.

Od pierwszej chwili przypadł mi do gustu ten film czarno-biały, naznaczony specyficznym, dawnym aktorskim ł. Opowiadana przez głównego bohatera – narratora historia, ozdobiona jest obrazami stworzonymi spokojną łagodną kamerą. Obejrzana przed zaśnięciem musi przynieść pozytywne sny.

Przynosi też refleksje nad Warszawą50 lat wcześniej. Tam gdzie teraz blokowiska w środku miasta niemalże, była sobie brukowana droga i kilka domków pod Warszawą. Choć jedno mnie zastanowiło – stacja kolejki zwała się Zacisze. Ulica – Encyklopedyczna. Lecz przecież Encyklopedyczna nie znajduje się na Zaciszu… Takie małe niegroźne oszustwo filmowców?

A rozwiązanie problemu od razu przywiodło mi na myśl naszą ostatnią wycieczkę do Węgierskiej Górki…

I jeszcze myśl Alberta Camus’a – „Niech pociechą dla nas będzie to, iż żaden ból na świecie nie trwa wiecznie. Kończy się cierpienie, pojawia się radość – tak równoważą się nawzajem”.

 

PS. Szczęściarz Antoni, Polska, 1960, reżyseria Halina Bielińska i Władysław Haupe, w rolach głównych Czesław Wołłejko i Elżbieta Szmugielówna.

83 lata temu po raz pierwszy przyznano Oskara – nagrodę amerykańskiej Akademii Filmowej. Zaskoczyła mnie ta informacja Zeszłorocznego Kalendarza… Dawno jakoś! Ciekawe czemu Oskar trzyma w rękach miecz… Na dodatek jak dla mnie to on tak wygląda jakby katowski był. Nawet sobie zerknęłam do książki „1000 słów o broni białej i uzbrojeniu ochronnym” Włodzimierza Kwaśniewicza, co to ją sobie kiedyś w antykwariacie zdobyłam, bo lubię wiedzieć czym się różni berdysz… No i tam jak nic narysowany miecz katowski, taki właśnie jak u Oskara w dłoniach. Może to jakiś symbol jest jego sprawiedliwości? Wszak kat teoretycznie sprawiedliwości był wykonawcą? Pojęcia nie mam. Od dawna już Oskarom się nie przyglądam, ba nie jestem na bieżąco z amerykańską kinematografią nawet… Nie wiem więc ile w Oskarowych wyborach jest sprawiedliwości, ani nawet jaka jest zasada przyznawania nagród. A miecz mi wygląda na katowski i na półtoraręczny a nie dwuręczny jak napisali na Wikipedii…

A w ogóle to siedzę w domu i zęby mi szczękają… ależ chłód… taki typowy wiosenny, gdy już po grzewczym sezonie, a słońce zapomni termostatu ustawić właściwie. Mogłabym wstać i pójść po sweter. Mogłabym. Tylko Kot zasnęła na moich kolanach i nic a nic jej nie przeszkadzają moje, obijające się o siebie celem rozgrzania, komórki. Mądrala ma futro. I w kłębek jej się łatwiej zwinąć. A człowiek z dobrym sercem marznie…

PS. Tak naprawdę mam ochotę na wiersz. Będzie smutny, bo jakoś to zimno i mżawka kurz z drzew zmywa, choć jeszcze wcale jakoś bardzo się nie zakurzyły…

 

Jesteś światłem

w ciemności tunelu,

w którym się znalazła

 

Jesteś ciepłem

pokoju w hotelu,

w którym się ukryła…

 

Jesteś szczęściem

powrotu do celu,

które przegapiła…

(24.03.1997 – Smutne kochanie)

 

I nie, nie pamiętam, co się działo we mnie gdy to pisałam. Najwyraźniej nic ważnego, skoro nie pamiętam.